Uwaga

 

CYTATY


Co powiedział Jan Balabán o...

 

 

O nagrodach literackich

 

(Po tym, jak „Możliwe, że odchodzimy” zostało Książką Roku 2004)

Nagrody nie dotyczą bezpośrednio literatury. Zawsze w ich tle istnieje jakieś jury, wydawcy wyczekują nagród, jednak mnie dużo bardziej interesuje sam tekst jako taki, praca nad nim. Przecież na całym tym wieczorze galowym nie było ani jednej książki! Tylko ludzie, którzy rozmawiali o obiegu literackim. A ja chciałbym żeby obieg zniknął, stał się niewidzialny. Żeby pisarze nie mówili o grantach, nagrodach, o tym, jak to nie mogą wyżyć z pisania, niech z tym idą w diabły, przecież takie problemy mają wszyscy ludzie- nauczyciele, naukowcy, każdy, kto chce robić coś, co go bawi, co uważa za swoje posłannictwo. Albo gadki o tym, czy państwo powinno wspierać finansowo wydawanie czasopism literackich czy nie. Uważam, że powinno. Ale wydaje mi się, że zaczyna być to temat zastępczy- zamiast rozmów o tym, o czym w ogóle są książki. Rozmawiamy o sprawach produkcji, zamiast o tym co tu przeżywamy, co to znaczy, że ktoś pisze to czy tamto. Nie mam despektu do nagród, ale chciałbym jak najmniej się nimi zajmować.

 


O czytelniku:

 

Czytelnik jest tak samo istotny jak sama książka. Tekst jest pilną wiadomością, bez adresata nie miałby sensu. Przeważnie pisząc myślę o kimś lub rozmawiam z kimś konkretnym. Im więcej człowiek mówi sam do siebie, tym gorzej. Zamyka wtedy siebie w futerale.

 

Niedawno czytałem coś bardzo smutnego w Teorii lojalności Ivana Divíša: „Mam na świecie tylko jednego przyjaciela- siebie samego.” Jest to tragiczne zdanie, które doskonale rozumiem, rozumiem je w całej rozpaczy Divíša, którą czuł zmagając się ze straszliwą- alkoholową i inną- samotnością. Kiedy dużo piłem, też miałem wrażenie, że mam na świecie tylko jednego przyjaciela- siebie samego, czym oczywiście nie chcę porównywać się do Divíša, którego bardzo cenię. Ale gdybym rzeczywiście był swoim jednym przyjacielem, nie byłbym chyba w stanie dalej pisać. Przeszkadza mi każde zamknięcie się w sobie, każda granica. Kiedy piszę, formułuję wszystko tak, by to rozumiał drogi mi człowiek, przeważnie myślę wtedy o swojej żonie, Petrze. To, że o niej wtedy myślę może dodać temu co piszę uroku.

 

Zdecydowanie nie byłbym w stosunku do czytelnika zbyt łaskawy ani wyrozumiały. Teraz mówi się dziennikarzom: „Myślcie o czytelniku, o tym, że piszecie dla prostych ludzi.” Nie gardzę prostymi ludźmi. Ale ludzie prości to nie ludzie głupi. Mój nauczyciel przekładu zawsze mówił, że człowiek nie rodzi się głupi, dopiero się takim staje. Dlatego uważał głupotę za grzech. Nie chcę mieć pod tym względem ani dla siebie ani dla nikogo litości: nie piszę dla głupców. Chcę być precyzyjny. Pisanie powinno być najlepszym, co jestem w stanie dać drugiej osobie.

 


O różnicy między Czechem a Morawianinem i Ślązakiem

 

Istnieje pewna różnica jeśli chodzi o gadatliwość. W Czechach dużo bardziej rozwinięta jest kultura opowiadania, historyjek, gadania, knajpianej anegdoty. Najlepiej znalazło to swój wyraz u Hrabala, który w gadulstwie odkrył prawdziwą poezję. W Pradze ludzie chodzą do knajp żeby pogadać. W ostrawskiej spelunie zbyt dużo się nie mówi, głównie się chleje. Nie ma się tu też zaufania do ludzi, którzy od razu zbyt dużo mówią. Ej, ty coś dużo gadasz, chcesz mnie ogłupić- pomyśli sobie Morawianin czy Ślązak.

 


O momentach kryzysowych

 

Można taki moment porównać do sytuacji, kiedy ktoś przyprze nas do muru. Albo się odepchnę i zacznę bić, albo to mnie przy tym murze ubiją. To moment na zadanie sobie pytania, jaką wartość ma dla mnie moje życie? Czy w ogóle warto wygrzebywać się z tego bagna? Wielu osobom nie przychodzi to do głowy. Nie umierają, nie popełniają samobójstwa, zmieniają się jednak w skrytych, szpetnych ludzi, mówiących, że wszystko jest gówno warte. Jakoś żyją, czasem gdzieś się rozerwą, oglądają telewizję, śpią, palą lub właśnie nie palą. Taka mała śmierć, kiedy człowiek dopuszcza zanik czułego, ciekawskiego serca, które wcześniej szukało oddźwięku niczym samotny myśliwy.

 


O alkoholu

 

Mam za sobą doświadczenia z piciem, jak koniec końców większość moich znajomych z czasów socjalizmu. Każdy dobrze zna te wieczne litry czerwonego taniego wina z filmu Pupendo. Niektórzy wciąż w tym siedzą, inni z trudem wydostawali się z nałogu. Przeżyłem stany alkoholowe, kiedy miałem wrażenie, oczywiście nieprawdziwe, że nie mam już na świecie ani jednego przyjaciela.

Oczywiście, przyjacielskie wspólne popijanie raczej wzmacnia więzi lub burzy bariery. Ale patologiczne ugrzęźnięcie w chlaniu prowadzi człowieka do patologicznych zachowań, do użalania się nad sobą, do picia samemu ze sobą. A jak mówi jeden mój przyjaciel, kto pije sam, ten pije z diabłem. Sam również zahaczyłem o ten stan.

 

 

O swoich bohaterach

 

Normalny czytelnik, z którym rozmawiam nie nazywa ich oustiderami czy zdołowanymi. Moi bohaterowie to nie żadne łamagi. To normalni ludzie, którzy przegrali, ale jeszcze się nie rozbili. Są smutni, ale nie są desperatami. W ostatniej książce skupiłem się na momentach kryzysowych, kiedy dla bohaterów nadchodzi chwila osłupienia nad tym, jak wygląda ich życie. Chodzi o to, żeby dostrzec swoją sytuację, zobaczyć w tej dziurze samego siebie. Zrozumieć, że to wszystko nie musi tak wyglądać, że można całą obecną sytuację posłać do wszystkich diabłów. Kto z nas tego nie zaznał?

 

Bywam określany autorem, który pisze o rozbitkach, a ja pisze po prostu o tym, co przydarza się większości ludzi, na przykład o rozwodzie- w tym państwie jest rozwiedzionych pięćdziesiąt procent ludzi. Ale kiedy piszę o człowieku którego męczy nałóg alkoholowy, krytycy twierdzą, że piszę o egzystencji desperatów, a przecież każdy człowiek ma jakiś nałóg i w jakiś sposób z nim walczy. Śmierć i ból to podstawowe paradygmaty, które sprawiają, że życie ma sens.

 

O wyrażeniu „Pisarz ostrawski”

 

Każdy przymiotnik, dodany do zawodu jest z zasady ograniczający. Kiedy ktoś powie ostrawski czy budziejowicki pisarz, czy też autor religijny- to tak, jakby oderwać tylko kawałek z ciasta możliwości interpretacji. Człowiek jest albo nie jest pisarzem. Nie jestem ani trochę mniej czeskim pisarzem niż Jáchym Topol, Jan Beneš czy Irena Dousková. Przydomki są z góry degradujące, a już „pisarz ostrawski” działa niemal jak oksymoron, który ma dodawać całej frazie osobliwości: „Wyobraźcie sobie, że w tej czarnej dziurze mieszka pisarz, któremu nawet daliśmy nagrodę!” Czeska krytyka literacka, o której w sumie nie myślę nic szczególnie dobrego, potrzebuje szufladek, i na tym polega jej prowincjonalność. Kiedy byłem w Nowym Jorku, nikt nie dziwił się, że ten jest z Czech, tamten z Mołdawii a inny z Filipin, w prawdziwych metropoliach nikt nie bawi się w regionalizmy. Prowincjonalizm to cena jaką płacimy za fakt, że jako mały naród utrzymaliśmy własny język. Udawanie pępka świata jest bardzo komiczne.


O czeskich tradycjach pisarskich

 

Lubimy hodować w literaturze dobroduszną sąsiedzką tradycję: Chłopie, powinieneś nas rozbawić, doprowadzić historię do jakiegoś szczęśliwego zakończenia. Ukołysać nas wszystkich. Tak jak kiedyś była moda na nieszczęśliwe zakończenia i powieści samobójcze, teraz panuje era imperatywnej pohody. Ale ja nie wiem, jak skończy się życie ludzkie, więc niczego nie uprzedzam, interesuje mnie prawdziwy, przeżyty moment. To wystarczy.

 

 

O samotności i związkach

 

Z miłością wspominam uczucie harmonii z dzieciństwa, w zborze ewangelickim i rodzinie. Tym silniej przeżyłem fakt, że te instytucje mnie zawiodły. Kiedy zauważałem, że wiele spraw nie działa, że w zborze tylko mówi się o miłości a ludzie zostają strasznie osamotnieni ze swoimi trudnościami. Dlatego zrezygnowałem później z programowych wspólnot. Uważam wspólnotę za nieoczywistą sprawę, która tylko niekiedy się udaje. Jestem chyba w stanie cenić przyjaźń, jestem bardzo wdzięczny za swoich przyjaciół, wierzę w instytucję przyjaźni. Również partnerka, towarzyszka, żona: mężczyźnie jest bardzo źle bez kobiety, chyba gorzej niż kobiecie bez mężczyzny. Myślę nawet, że kompletny człowiek to mężczyzna, kobieta i dziecko razem wzięci. To ogromna nadzieja, dla której trzeba przetrzymać wszystko, każdą samotność, każdą niewygodę psychiczną, nawet świadomość, że ludzie się od siebie różnią i człowiek nie może całkowicie oddać się drugiemu czy wpakować mu się do głowy i serca. Niemniej jednak ta bliskość psychiczna i dotyk cielesny są tego warte, to najpiękniejsze co tu mamy. Trzeba jednak wiedzieć, że samotność egzystencjalna zawsze będzie wśród nas obecna. Nawet w łóżku z drugą osobą, nawet przy choince- człowiek jest istotą wydaną na pastwę losu, sam ze swoim dramatem. Na tym polega napięcie i dynamika życia.