Uwaga

WSPOMNIENIA 

Prezentujemy kilka wspomnień o Janie Balabánie. Wszystkie pochodzą z książki „Honzo, Ahoj!” wydanej w czeskim wydawnictwie Kalich z okazji 50tych urodzin autora, których nie zdążył doczekać.

 

Honza był w knajpie czymś w rodzaju „guru”, teoretykiem. Pamiętam jego charakterystyczny głos, używał wulgarnych słów, nie był z niego żaden „kawiarniany intelektualista”.

Milan Krupa, szkolny kolega autora

 

Honza często otwierał wystawy. Potrafił patrzyć na rzeczy, jakby widział je po raz pierwszy, potrafił powiedzieć dlaczego są ważne, w czym tkwi ich siła. Był najlepszym opowiadaczem, jakiego znałam.

Hana Puchová, malarka

 

Kiedy przyszedł do naszego mieszkania, gdzie właśnie meblowaliśmy z żoną sypialnię, tylko chwilę wytrzymał patrząc. Potem złapał regał na książki, razem przesunęliśmy go w kąt, potem położyliśmy na nim inną szafkę a potem patrzyliśmy, czy tak jest dobrze, a potem znowu zdjęliśmy, o on kołysał nią z lewej do prawej, jakby ważył ten mebel, przestrzeń sypialni, czy da się w niej żyć. Właśnie się rozwodził.

Kiedy przyszedł do naszego mieszkania a ja siedziałem trzymając na kolanach swoją malutką córeczkę, tylko chwilę wytrzymał patrząc. Potem wstał, poszedł do łazienki, umył sobie ręce mydłem i wrócił pytając, czy może ją chwilę ponosić. Jakby miał potrzebę na nowo sprawdzić, jak ciężkie, jak lekkie jest roczne dziecko.

Kiedy przyszedł do naszego mieszkania w Święta a ja zabijałem karpia na kuchennym stole, niemal zazdrościł mi tego zabijania. Ciągle wypytywał, czy na pewno to potrafię. W końcu wyskoczył z krzesła aby przynajmniej otworzyć ze mną ciało ryby, żeby było mi łatwiej ją wypatroszyć. Jakby miał potrzebę zabrudzenia sobie rąk i sięgnięcia do fałszywej sentymentalności nadchodzących Świąt, właśnie dlatego, że tak bardzo szanował ich czyste przesłanie.

Kiedy dałem mu do przeczytania swoje wiesze, żeby poznać jego zdanie na temat właśnie przygotowywanej książki, chodził po mieszkaniu i recytował je na głos, w kółko, chcąc usłyszeć w nich coś w rodzaju modlitwy. Kiedy odwiedzaliśmy atelier jakiegoś malarza czy malarki, uradowany brał płótna i rozstawiał je po pomieszczeniu, przesuwał je i podnosił, pod pretekstem, że szuka dla nich właściwego miejsca. Robił to z tajną radością człowieka, który właśnie niesie obraz. Traktował rzeczy poważnie, jego sposobem na poznanie było ciągłe ich ważenie, ważenie ich w ręku.

Petr Hruška, poeta, historyk literatury, redaktor i najbliższy przyjaciel autora

 


Chyba wszystko co robił, robił intensywnie. Z wielkim oddaniem pracował, pisał, obserwował, wczuwał się w sytuację innych, zachęcał ich i chwalił, posyłał w cholerę, wyjaśniał, przekonywał, argumentował, rozmyślał, formułował, pił, śmiał się, postrzegał przyrodę i na pewno również kochał. Kochał swoje dzieci, rodziców, brata i kochał swoją żonę- Petrę- swoją muzę, dobrze znaną i zarazem nigdy do końca nie przeczytaną książkę. Miał potrzebę opowiadania o swoich bliskich, wspominania, analizowania tego,co razem przeżyli, jak podobało im się to czy tamto, co powiedzieli...- Od chwili, kiedy poznałem Petrę, - powiedział nam kiedyś w stanie, kiedy ludzie rzadko kłamią, - nigdy nie zapragnąłem innej kobiety. Nawet przez chwilę.-

Wierzyliśmy mu. Mówił i pisał o niej z taką czułością...

Jitka Voglová, dziennikarka i żona pastora ewangelickiego w Snězným na Morawach, „rodzinnym gnieździe” rodziny Balabánów

 


Byliśmy kiedyś razem w Sněžnym, w gnieździe rodowym Balabánów. Umówiliśmy się na pracujący weekend. Ja miałem dłubać grafikę a on pisać opowiadanie. To były trzy intensywne dni. W pracę wplątały się spacery, zbieranie grzybów i knajpa. Grzybów było tyle, że zaczęły nas od nich ogarniać apokaliptyczne odczucia. Znam ludzi, którzy kiedy tylko otworzą oczy muszą zapalić papierosa. Honza kiedy tylko wstawał, zaczynał mówić. Ten wyjazd był koncentratem balabanostwa. Komentował to jak wstał, potem komentował to, że komentował to, jak wstał. Potem zapytał mnie czy mi nie przeszkadza, że komentuje, to, że komentował to, jak wstał. A potem poszedł się odlać i tam wymyślał dla mnie kolejne pytanie. Zdałem sobie sprawę z tego, że to cud, że temu człowiekowi w ogóle udaje mu się zasnąć. Jego mózg w stanie czuwania nieustannie chodził pełną parą. Kiedy potem dotarły do mnie pogłoski o jego nadmiernym piciu, przypomniało mi się Sněžné i myślałem o tym, od jak wielu rzeczy ten człowiek musiał odpocząć. Ile spraw potrafił dostrzegać niezwykle wyraźnie, jak bardzo wszystko go dotyczyło, jak bardzo wszystkim się martwił. Myślę, że specjalnie nie potrafił odróżniać spraw publicznych od spraw prywatnych, obrabiał więc wszystko. Potrafił być niesprawiedliwy i okrutny, ale tylko po to, żeby później wypominać sobie, że był niesprawiedliwy i okrutny. A wszystko to nasilało się i gęstniało.

Nie chcę właściwie pisać już niczego więcej. To była praca Honzy, którą wykonywał coraz lepiej. Szkoda, że odszedł tak szybko.

Pavel Šmid, plastyk